Wszelkie wspomnienia są złudne, bo teraźniejszość nadaje im inne barwy
no title
Dawno nic nie pisałam, a myślę, że powinnam była. Jednak fakt przelania emocji na klawiaturę komputera niesamowicie pozwala człowiekowi zdystansować się do tego co go otacza. Dlaczego przestałam pisać w takim razie? Jest jeden zasadniczy powód. Są osoby, które jednak czytają moje twórcze żale i niestety odczytują je przeciwko sobie, a ja tylko chciałam uwalniać swoje emocje. Z racji tego, że w zasadzie nie mam z kim tak sobie szczerze pogadać i pomarudzić, moje emocje, które tu przelewam mogą być różnie odbierane. Trochę to śmieszne, żeby Internet i komputer zastępował przyjaciół, których się nie posiada. Jestem przekonana, że fakt iż czuję się sama jest tylko i wyłącznie moją winą. Nikt mi nie znajdzie przyjaciół. Jednak jak to mówią, nie wielu jest takich, co mogą szczerze powiedzieć, że mają chociaż jednego prawdziwego przyjaciela. O takich ludzi ciężko, zwłaszcza dziś, kiedy każdy jest nastawiony przeciwko każdemu i każdy w każdym widzi wroga. Przyjaciel to jest ktoś, kogo zna się od lat i komu można bezgranicznie zaufać, skąd wziąć taką osobę w tak dużym mieście, w którym mieszka się od kilku miesięcy. Realnie patrząc to jest niemożliwe do realizacji. Ktoś kto mnie zna, mógłby powiedzieć, że mam cudownego faceta. Człowieka, który dla mnie zrobi wszystko. Nawet narazi się swoim rodzicom, żebym tylko czuła się dobrze, tylko że ten cudowny człowiek ma też swoje życie sprzed związku, znajomych, przyjaciół o których musi dbać, żeby ich nie stracić i wtedy zostaję sama. Słyszę: ” Idź do akademika i siedź tam. Przecież nie możemy spędzać całego czasu razem, ja też chcę gdzieś wyjść bez Ciebie”(może nie do końca tak to brzmi, ale w efekcie ma taki wydźwięk). Nie mając większego wyboru idę do miejsca, którego nie lubię i siedzę albo idę sama do kina na ostatni seans. Swoją drogą bardzo ciekawego doświadczenie ;). Muszę nauczyć się, że świat nie kręci się wokół mnie a jak jest mi źle to nie mogę tego nikomu okazać. Trzeba zacisnąć zęby i przeżyć wszystko to co mi przyniosło życie.
Trudno przekonać samego siebie, że miejsce, w którym przebywamy, jest naszym domem, i to nie zawsze jest to miejsce, w którym tkwi nasze serce. Czasami mi się to udaje, a czasami nie
…Odra, port, dźwigozarłów rząd! ….
czas wracać
mowi sie, że było miło, ale się skończyło. Było miło i nie miło w sumie, ale fajnie było wrócić na stare śmieci. Szkoda, że tak krótko. Potrzebowałam tego powrotu, to tak jabym naładowała baterie, nabrałam trochę domowego jedzenia i jutro 7:32 powrót do warszawskiej rzeczywistości. Wkręce się w wir - uczelnia, akademik, praca i jakoś to zleci do grudnia. Do połowy grudnia. Dobrze, że jest tam ktoś, kto daje mi trochę uczucia bliskości, do kogo zawsze mogę pójść, jak już mam niektórych rzeczy dosyć. U kogo mogę się zatrzymać.
już to kiedyś wrzucałam na fb. teraz kolej na tumblr, mimo że ukaże się to na fb. to jest kawałak zmarłego króla popu, który na prawdę mi sie podoba. Najlepszy z najlepszych. Moim skromnym zdaniem.
Sama wiesz, czym jest szczęście. To nie jest coś, co można schować i wyjąć, kiedy ci znowu będzie potrzebne.
Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu.
do domu
jutro jadę do domu. Tak bardzo się cieszę tym faktem. Jakby mi ktoś kilka miesięcy temu powiedział, że będę aż tak tęsknić za domem to bym go, delikatnie mówiąc, wyśmiała. Zawsze marzyłam o wyprowadzce z domu. Już jako szczeniak się odgrażałam, że jak tylko skończę 18 lat to się wyprowadza. No i się wyniosłam, co prawda dopiero po 20, ale to zrobiłam. A teraz tęsknie, za spokojem, który zapewniał mi mój pokój. Za własną, niczym nie zakłóconą harmonią życiową. Co śmieszniejsze tęsknie nawet za rodzicami, a zawsze miałam wrażenie, że mam ich dość. Tak bardzo nie mogłam doczekać się jutrzejszego popołudnia ( w sumie to już dzisiejszego). W końcu, jadę do domu. Zobaczę znajome twarze, znajome kąty i miejsca. Wsiądę w auto i przejadę się po Szczecinie. Szkoda tylko, że na tak krótko. Póki co, cały czas mam wrażenie, że wyjechałam na kolonie, albo raczej coś w rodzaju zielonej szkoły. Chodzę na uczelnie, czytam książki naukowe, robie notatki i wciąż czekam na ten dzień, kiedy przyjdzie mi wrócić z ‘wakacji’ do domu.
?
Wybrałam się na spacer. Muszę pooddychać świeżym powietrzem. Mam już dość tego zgiełku i papierosowego dymu. Kiedyś, gdy paliłam, nie przeszkadzał mi on, wręcz delektowałam się nim. Fascynował mnie dym wypuszczany z ust. Pomagał się skupić. Pojawiały się nowe pomysły w głowie. A teraz, a teraz ten zapach mnie drażni, budzi we mnie wstręt. Czasem nachodzi mnie ochota by zapalić. Stojąc na przystanku myślę sobie jak miło by było wypuścić chmurę dymu. I nagle ktoś staje tuż obok mnie. Wyciąga tę brązową wysuszoną truciznę. Włada do ust, wyciąga zapalniczkę. Zwracam uwagę na to jak go odpala. Jak wciąga do płuc pierwszego bucha. W tej chwili zazdroszczę mu. Już pojawia się w mojej głowie myśl, by podejść i zapytać czy może nie ma jednego odstąpić. Aż dochodzi do mnie ten ostry, mdlący smród. Czar pryska. Rozglądam się za innym miejscem, gdzie ciesząc się świeżością powietrza mogłabym poczekać na mój transport. Gdzieś daleko od tej palącej osoby. Tak, bym nie czuła tego odoru, który co chwilę ulatnia się z długoterminowej śmiercionośnej przyjemności. Cieszę się , że z tym skończyłam, choć są momenty, że oddałabym prawie wszystko za jednego papierosa. A z drugiej strony czuję wstręt, który nie pozwala mi na przebywanie, zbyt długo, wśród osób palących. Dlatego wyszłam, spaceruję ulicami wielkiego miasta.
Jest już późno. Większość ludzi wróciła po ciężkim dniu pracy do domu. Zjada odgrzewany obiad z wczoraj. Nikt nie miał czasu by ugotować świeży, pieszczący podniebienie smakiem, kojący nozdrza zapachem, obiad. Doba ma zbyt mało godzin aby zdążyć ze wszystkim. Jutro z pewnością będzie ta sama zupa pomidorowa z kartonu co dziś, i ta sama co była wczoraj. Kobieta pracująca, matka i żona, ugotowała w niedzielę, jej jedyny wolny od pracy dzień, gar zupy, a w zasadzie podgrzała i doprawiła 3 litrowe kartony pomidorowej, by nie spędzić zbyt wiele czasu w kuchni, by móc odpocząć. A zarazem by rodzina przez najbliższe trzy dni miała co do ust włożyć. Gdy zupa się skończy zamówią pizze, zjedzą na mieście, każde z nich osobno. Dziecko w przedszkolu albo w szkole, ona gdzieś w firmowej stołówce a on, gdzie popadnie. Jakoś przeżyją do następnej niedzieli. Ludzie gonią za kasą, chcą mieć wygodne, dostatnie życie, nie mogą sobie pozwolić na czułość, miłość czy rodzinne ciepło. Nie ma na takie bzdury czasu. Liczy się praca, kasa i jeszcze raz praca i kasa. Tak spacerując tymi ulicami wielkiego miasta, patrząc w okna kamienic, bloków, apartamentowców, myślę sobie, że skoro w dzisiejszej dobie nie mamy czasu na podstawowe uczucia. Ludzie dobierają się z rozsądku a nie z miłości, a dzieci się kocha bo tak trzeba, a jeśli się nie kocha to się stara zrobić takie pozory. To ja nie mam racji bytu. Przede wszystkim dlatego, że moim podstawowym marzeniem jest bycie kochaną i kochać całym sercem, a dopiero później myślę o wygodnym życiu i o tym w jaki sposób zarobię pieniądze. Ale może po prostu jestem na to za młoda. W odpowiednim wieku by przestać palić i za młoda by myśleć racjonalnie. O ile to co ludzie robią ze swoim życiem, to jak je niszczą pieniądzem, o tyle jest racjonalnym myśleniem, jak mogłoby się zdawać.
Odetchnęłam. Czas wrócić do domu, do przyjaciół. Cieszyć się beztroską młodych lat i miłością, która na całe szczęście przyszła do mnie w odpowiednim momencie.
dźwirzyno.
Leżę na łóżku. Jest już bardzo późno. Noc jest wyjątkowo ciemna, ale z ogromem gwiazd na niebie. Specjalnie nie zasłoniłam okna. Chce je podziwiać. Patrząc w gwieździste niebo widzi się przeszłość i można też zobaczyć przyszłość. Patrząc w nie, zapominamy o innych, zapominamy o świecie. Oddalamy się w otchłań, gdzieś daleko we wszechświat. Otwiera się przed nami sfera marzeń i wspomnień. Nie mogę spać, patrząc w dal, widzę plaże. Zachód słońca, czuję delikatny wiatr i słyszę szum, uderzających delikatnie o brzeg, fal. Słyszę śmiechy beztroskich dzieciaków, biegających z podwiniętymi nogawkami po wodzie. Patrzę w prawo widzę parę, całują się, wiedzą, że za kilka dni przyjdzie im się rozstać, nie chcą tracić ani minuty z tego czasu, który im został. Patrzę w lewo, siedzi grupka przyjaciół, znają się od lat, ale widują się tylko raz w roku. Śmieją się i wspominają wydarzenia wczorajszego dnia. Chcą je dobrze zapamiętać, by nigdy nie uleciały im z pamięci. A ja siedzę po środku sama. Patrzę na nich oczyma mojej wyobraźni, oczyma moich wspomnień i widzę siebie, jak całuję się po prawej stronie i jak się śmieje po lewej. Widzę siebie sprzed wielu lat, kiedy żyło się beztrosko. Nie było problemów większych jak kończące się pieniądze od rodziców i nieszczęśliwe zauroczenie. Dziś, leżąc w łóżku, patrząc w gwiazdy, chciałabym przeżyć tamte chwile jeszcze raz, mieć problemy tamtych lat. Marzę o chwili beztroski , o chwili zapomnienia.
mały ponczik w wielkim mieście
to już ponad miesiąc odkąd się przeprowadziłam to aglomeracji warszawskiej. I jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tempa życia, jakie wymusza na mnie to miasto. Wszędzie biegiem i wszędzie spóźniona, niewyspana i totalnie zmęczona. Zastanawiam się czy dobrze zrobiłam. Są plusy tego miasta, uczelnia, klimat w nocy i on. Niestety jest jeden ogromny minus. Tęsknie za dawnym życiem, za beztroską i spokojem. Za przyjaciółmi, których zostawiłam. Postawiłam życie na jedną kartę. Chcę, żeby okazała się zwycięską. Każdy mówi - “przywykniesz, to tylko kwestia czasu” - będę czekać.
coś intrygującego
słuchając soundtacku z ‘a very long engagement’ postanowiłam tu napisać kilka zdań. Jest już dosyć późno i tak właściwie powinnam iść spać, jeżeli zamierzam jutro jakoś funkcjonować na uczelni i choć odczuwam zmęczenie po 10 godzinach pracy, to jednak mam silną potrzebę napisania czegokolwiek. Zawsze zastanawiam się od czego zacząć i zawsze mam z tym problem. Tym razem nie jest inaczej. Choć jakby się dobrze zastanowić, to zaczęłam już kilka zdań temu, więc pewnie będę kontynuować tą rozprawkę o niczym, żeby zaspokoić moją silną potrzebę i w końcu położyć się spać. To nie dlatego, że mam iść rano na uczelnie, czy że jestem zmęczona po pracy, tylko i wyłącznie dlatego, że moje oczy odmawiają mi posłuszeństwa i delikatnie zaczynają mnie piec.
może jeszcze tak w formie rozwinięcia tego bezwartościowego tekstu, napisze o moich dzisiejszych przemyśleniach. Mianowicie przez cały dzień o niczym interesującym, chociaż w 1%, nie myślałam, więc postaram się coś mądrego na prędce wymyślić… (15 minut później) … no i niestety, nic wartościowego nie przyszło mi do głowy.
tak wiec słowem zakończenia, przepraszam wszystkich, którzy to przeczytali, o ile tacy śmiałkowie się znaleźli.
no i jeszcze chcialam pozdrowić Mame i Szczecin. Dobranoc.

